Jak już pisałem, okres świąteczno-noworoczny był dla mnie trudny. Smutki, lęki przyszły, żeby się z nimi skonfrontować.
Jakoś w tym czasie dostałem „przypadkiem” od Ateny utwór, który Wam załączam.
Healing…uzdrawianie samego siebie…słuchałem go wielokrotnie wtedy…i słucham dzisiaj, choć rzadziej.
Wylałem przy tym kawałku morze łez. A może dwa. Dużo. Uwolniłem smutek, przeżyłem go i puściłem.
Puściłem też lęki (nie, no nie wszystkie. Nie wszystko na raz😉).
I dzisiaj, kiedy trwam w decyzji wyboru tej jednej i konkretnej kobiety cieszę się każdym dniem, w którym jest bez oczekiwań, że jutro też będzie. Ja wybrałem co mi służy a co nie. Ona wybierze co jej. I z tym jestem dzisiaj a niedawno to było dla mnie nie do przyjęcia. Tak rozumiem brak przywiązania.
Wszystko, co zrobiłem do dzisiaj, było po coś i nie będę się biczował za to, co było. Tak, jestem wdzięczny sobie i ludziom, którzy byli uczestnikami różnych zdarzeń w moim życiu. Dziękuję.
Przeszedłem w życiu trochę, jeszcze niejedno przejdę i dzisiaj zwracam uwagę na to, żeby przeszłość nie zakłócała mi teraźniejszości, nie wpływała na nią. I zdarza się, że wpływa, to nie jest tak, u mnie bynajmniej, że wstaję z nowym nawykiem. Wprowadzam to, box się broni przed zmianami, ego też ma swoje do powiedzenia. Więc są chwile, że puszczam świadomość przeszłości, wielu zdarzeń i osób…a są chwile, że wracają. Przynajmniej już się tym nie biczuję.
Jestem w procesie. Ciągłym procesie. Ten proces to życie. Życie, w którym jedyną stałą jest…zmiana. A ta jest tu i teraz.
Aho!