Miłość nie rani – piszą i mówią jedni.
Miłość rani – mówią i piszą inni.
Z miłością sprawa jest prosta – miłość nie rani.
Miłość, to miłość.
W moim doświadczeniu to akceptacja, współodczuwanie, widzenie, szacunek, granice dyscyplina i wiele innych – nie znam słów na opisanie doświadczenia miłości w taki sposób, żeby można było to poczuć.
Zrozumieć miłość?
Proszę pana – to się czuje, tego się nie rozumie.
Co więc rani skoro nie miłość?
Z miejsca odpowiedzialności – nie rani cos – rani ktoś.
Ja ranię. Ty ranisz.
Zachowania ranią. Słowa ranią. Czyny ranią.
Najprościej, choć wyczerpuje to tematu, napisać mi że ranią nasze zranienia a właściwie mechanizmy obronne, z których biorą się zachowania – niejednokrotnie krzywdzące dla innych.
Te zachowania, które sprawiają, że czuję się „bezpiecznie” – ochroniłem /am się właśnie przed atakiem, przed bólem!
Nie kochany człowieku, to nie to. Zraniona część Ciebie zareagowała na sytuację w teraz w oparciu o doświadczenie z wtedy (kiedy miałeś/aś x lat).
Wtedy to zachowanie mogło faktycznie ratować Ci życie.
Teraz jest teraz.
Teraz to samo zachowanie powoduje, ze ta zraniona część Ciebie czuje spokój, choćby chwilowy.
Dorosły (to nie to samo, co dojrzały) w Tobie, właśnie sprawił, że w tej relacji jest dalej. Ktoś prawdopodobnie przeżywa ból. Tam też teraz odezwało się zranienie.
Gdzie w tym miłość?
Miłość, taka jaką znam, w sytuacji trudnej patrzy na drugiego człowieka z pytaniem, które brzmieć np. tak – Co Cię spotkało, że tak się zachowujesz? Jakiej krzywdy doznało dziecko w Tobie?
I zostać, w poszanowaniu swoich granic, obecnym.
Miłość uzdrawia.
Miłość nie rani.
W każdej sytuacji mam wybór, z którego miejsca odpowiem.
Ty też masz.
Dla mężczyzn gotowych na zajrzenie w te miejsca, które reagują, mam zaproszenie – dołącz do nowej grupy „Fundamenty”, ruszamy w pierwszych dniach listopada.
Napisz „gotów” w komentarzu wyślę Ci więcej info.
Tymoteusz

